Hola, hola! Madryt w trzy dni? To możliwe


Było już po piętnastej, ale słońce rozdawało ciepło na prawo i lewo. Przy skrzyżowaniu ulic San Bernardo, Carranza i Alberto Aguillera, po obu stronach 6-pasmowej jezdni zauważyłam dwa półokrągłe placyki. Każdy z fontanną, idealnie przystrzyżoną trawą, rabatami i krzewami. Aż do samego hostelu szłam wśród intensywnie zielonych drzew. Madryt zrobił na mnie dobre wrażenie.

Lot z podkrakowskich Balic trwał niecałe 180 minut. Kupiłam trzydniowy bilet na wszystkie linie metra – jest ich w stolicy Hiszpanii 15 (plus podziemna kolejka) – uprawniający również do podróży autobusami, odebrałam mapkę połączeń i już bez bagaży ruszyłam w miasto. Najpierw do Parku de la Montana, gdzie na stromej skarpie nad rzeką Manzanares stoi świątynia Templo de Debod; najstarszy zabytek Madrytu. Wybudowano ją w Nubii w II w. p.n.e. i poświęcono egipskim bogom Amonowi i Izydzie. A Hiszpania otrzymała ją od władz egipskich w dowód wdzięczności za uratowanie tamtejszych zabytków; hiszpańscy inżynierowie nie dopuścili do ich zalania podczas budowania tamy asuańskiej (w latach sześćdziesiątych XX w.). Budowlę przywieziono do Madrytu w kawałkach i wzniesiono ponownie.

Do świątyni prowadzą dwie oryginalne egipskie bramy ustawione na betonowej platformie otoczonej wodami płytkiej sadzawki. Dziś odbijało się w niej pomarańczowo-różowe niebo. Wewnątrz było dosyć ciasno. Ściany pokrywały płytkie reliefy. Niektóre, prawie całkiem zatarte, przedstawiały postaci ze starożytnego świata w charakterystycznych pozach. Otaczający świątynię park tętnił życiem. Ludzie siedzieli na kocach, popijając wino z plastikowych kubków, albo spacerowali z psami. Jakaś para ćwiczyła na trawie kroki walca angielskiego. Grupa młodych akrobatów właśnie kończyła mocować linę między dwoma drzewami, by ćwiczyć przechodzenie po niej. Turyści podziwiali widoki, a miasto powoli otulał zmierzch.

Mydlane bańki nad kaplicą
Gdy ma się tylko trzy dni na zwiedzanie, trzeba sporządzić dobry plan. Dziś zaczęłam od starego Madrytu. Pierwszy na liście był Pałac Królewski (Palacio Real). Dotarłam do niego od strony ogrodów Sabatiniego. Wysypane jasnym żwirem alejki poprowadziły mnie wśród geometrycznie przyciętych bukszpanów, malowniczych fontann i niskich żywopłotów tworzących symetryczne ornamenty. Odprowadzana wzrokiem przez hiszpańskich królów, spoglądających z kamiennych cokołów, dotarłam do północnej ściany pałacu, a ogromne mydlane bańki, których pokaz akurat odbywał się niedaleko, pędziły gnane wiatrem w stronę kopuły nad królewską kaplicą.
Palacio Real wzniesiono w miejscu dawnej mauretańskiej twierdzy – alkazaru, dlatego nazywano go również Palacio de Oriente. Najpierw był rezydencją Habsburgów. W latach trzydziestych XVIII w. doszczętnie zniszczył go pożar. Panujący wówczas Filip V Burbon wykorzystał okazję i nakazał wybudowanie okazałego pałacu wzorowanego na paryskim Luwrze. Ale projekt był zbyt kosztowny i powstała rezydencja o jedną czwartą mniejsza niż planowano. W każdą środę o godzinie 11 na jej wewnętrznym dziedzińcu odbywa się uroczysta zmiana warty.

Jadalnia Alfonsa na 160 krzesełek
Wewnątrz też było pięknie i bogato. Stopnie klatki schodowej wyrzeźbiono z toledańskiego marmuru, a ściany zdobiły rokokowe malowidła i posąg Karola III (ostatniego z dynastii Habsburgów). Przez ponad osiem stuleci królowie urządzali rezydencję, ozdabiali ją, sprowadzali obrazy i rzeźby słynnych artystów. Turyści, tacy jak ja, mogą dziś obejrzeć najwyżej jedną piątą z 280 pałacowych komnat. Pamiętałam, że król Filip II pod koniec XVI wieku założył tu Królewską Aptekę i chciałam tam zajrzeć, ale była zamknięta. Sala tronowa – przeciwnie. Urządzono ją za panowania Karola III (1759–88). Strzegą jej lwy z brązu, a zdobią ogromne żyrandole z kryształu górskiego. Inną komnatę w XVIII w. aż po sufit wyłożono porcelanowymi panelami i ozdobiono kremowo-zielonymi dekoracjami również z porcelany. No i ta jadalnia! Urządził ją z końcem XIX wieku król Alfons XII. Łącząc trzy komnaty stworzył salę o powierzchni 400 m kw., w której zmieścił się stół na 160 osób. To największa jadalnia, jaką widziałam. Jego następca – Alfons XIII zadbał natomiast o arcydzieła malarstwa, gromadząc w swojej rezydencji dzieła Juana de Flandes, Caravaggia, Velázqueza oraz Goyi. Dzięki kolekcjonerskiej pasji tego króla mogłam zobaczyć słynne skrzypce Stradivariusa.

Katedra budowana przez wiek
Po drugiej stronie Plaza de Armas znajduje się Nuestra Señora de la Almudena, jedyna w Madrycie katedra poświęcona patronce miasta. Budowano ją przez sto lat. Przez ten czas zmieniali się architekci i pomysły na to, jak ma wyglądać. Krypta jest neogotycka, kopuła barokowa (od wewnątrz w stylu gotyckim) a fasada, podobnie jak Pałac Królewski, została utrzymana w stylu klasycystycznym. Przy wejściu do katedry dostałam ulotkę. Opisano w niej historię tego miejsca. Podobno gdy w IX wieku Maurowie opanowali Półwysep Iberyjski i zaczęli budować tu alkazar, mieszkańcy z obawy przed muzułmanami ukryli figurę Matki Boskiej w murach okalających powstającą osadę, czyli dzisiejszy Madryt. Dwa wieki później rzeźbę odkrył pogromca Maurów król Alfonso VI i nadał Matce Boskiej imię Almudena (z arabskiego almudaina – mury miejskie), czyniąc ją patronką miasta.

Facet z pupą… na szczęście
Do jednego z najsłynniejszych madryckich placów, Plaza Mayor, można dotrzeć ulicą Calle Mayor. Stoją tam typowe dla Madrytu kamienice z wąziutkimi na pół stopy balkonami. Między murem a kutymi balustradami jest miejsce na doniczki z pelargoniami i bratkami. W jednej z wąskich przecznic (Cella Almudena) zobaczyłam posąg mężczyzny w kaszkiecie. Stał tyłem i opierał się o balustradę. Turyści poklepali jegomościa po pupie i ustawili się do wspólnego zdjęcia. Nie wiedzieli, co to za jeden. – Niech go pani klepnie – poradzili. – Wszyscy klepią, to pewnie przynosi szczęście. No to klepnęłam. Na wszelki wypadek.

A potem dotarłam do Plaza de San Miguel, gdzie jest słynna, żeliwna hala targowa z początku XX wieku – Mercado de San Miguel. Cytrusy i warzywa ułożono tam w tęczowe stosy, na lodowym podkładzie lśniły owoce morza, wisiały rzędem jamón serrano – tradycyjne hiszpańskie podsuszane szynki. Na ladach, w papierowych rożkach, czekały gotowe porcje tapas (przekąsek) – smażonych uszu wołowych, plasterków kiełbaski chorizo z dodatkiem papryki i oliwek oraz patatas bravas – smażonych ziemniaków podawanych z pikantnym sosem.

Dumny jak Rodrigo na szafocie
Plaza Mayor to plac o wymiarach 120 na 100 m otoczony czerwono-brunatnymi budynkami nakrytymi ciemnoszarym spadzistym dachem. Trzy kondygnacje okien podkreślają długie balustrady z 237 balkonami. Fasadę urozmaicają wieże zakończone strzelistymi iglicami. A piekarnię Casa de la Panadería (XVII w.) z balkonem, na którym niegdyś pokazywał się monarcha, poznałam po elewacji ozdobionej żółto-pomarańczowo-fioletowymi malowidłami.

Ten urokliwy plac był w średniowieczu zwykłym targowiskiem, znajdującym się już poza murami miasta. Dopiero w XVII w. król Filip II, który przeniósł stolicę do Madrytu, uczynił z niego miejsce publicznych spotkań i uroczystości. Plaza Mayor był świadkiem niejednej maskarady, korridy i egzekucji. To tutaj w 1621 roku stracono sekretarza Filipa III – markiza Rodriga Calderóna. Skazaniec zachował się ponoć z taką godnością, że w Hiszpanii ukuło się powiedzenie „dumny jak Rodrigo na szafocie”.

Na Plaza Mayor wróciłam następnego dnia wieczorem. Wyglądał przepięknie z pomnikiem siedzącego na koniu Filipa III i oświetlonymi arkadowymi przyziemiami. Tradycyjna hiszpańska kolacja w takim anturażu smakowała wyjątkowo. Na początek było gaspacho, czyli chłodnik z pomidorów, przyrządzony na bazie czosnku, oliwy i octu z sherry. Kelner przyniósł też trzy miseczki z drobno pokrojonym świeżym ogórkiem, cebulą i czerwoną papryką oraz z kawałek bagietki. Potem podano paellę – potrawę rodem z Walencji. Danie na bazie ryżu z dodatkiem szafranu barwiącego ziarna na żółto ma niemal tyle odmian, ilu jest kucharzy. Skosztowałam wersji z owocami morza. Potrawę serwowano na zwanej paellą metalowej patelni z dwoma uchwytami po bokach. Na takich niegdyś Rzymianie składali dary bogom.

Niedźwiedź na drzewie truskawkowym
Puerta del Sol (Brama Słońca) owalnym kształtem i promieniście rozchodzącymi się ulicami z lotu ptaka przypomina chowające się za horyzont słońce. To dziś centrum Madrytu, ale w XV w. był tu jeden z wjazdów do miasta położony we wschodniej części murów i stąd – a nie od kształtu – pochodzi jego nazwa. Na placu znajduje się ważąca dwadzieścia ton statua niedźwiedzia wspinającego się na drzewo poziomkowe – symbol Madrytu. Przed najważniejszym na placu budynkiem, gdzie zbiera się Rada Autonomicznej Prowincji Madrytu, zwróciłam uwagę na nieco zatarty, złotawy napis. To tzw. kilometr zerowy, od którego mierzy się długość dróg z Madrytu do innych hiszpańskich miast.

Na jednym z budynków przy placu znajduje się wpisana do rejestru zabytków bodaj najstarsza reklama w mieście. To neon „Tío Pepe”. Przedstawia jegomościa z wąsem, w kapeluszu, z beczką i gitarą. „Facecik” reklamuje jedną z odmian sherry. A w Sylwestra pod zegarem z placu Puerta del Sol zbierają się tłumy madrileños (madrytczyków). Z każdym uderzeniem zegara wybijającego północ zjadają jedno winogrono, co ma im zapewnić szczęście w nadchodzącym roku.

Muzeum, ale bez możliwości zwiedzania
Gran Vía to główna ulica Madrytu. Nie sprawiała wrażenia zatłoczonej. Ale musiałam zadzierać głowę, aby pooglądać wysokie na 8–10 pięter budynki ze zdobionymi okiennicami i fasadami. Zaciekawił mnie szyld „Museo del Jamón”. Muzeum szynki? – zdziwiłam się. Zajrzałam, a tam nad ladą, jedna obok drugiej, wisiały wielkie suszone różowo-brązowe szynki właśnie. Piętrzyły się też stosy kiełbas chorizo i plastry sera owczego z La Manchy (queso manchego). W podziemiu ustawiono kilka nakrytych obrusami stolików, ale żadnego zwiedzania nie proponowano. Podczas kolejnych dni szyld „Museo del Jamón” widziałam jeszcze wiele razy w różnych częściach miasta. Bo to nazwa sieci restauracji serwujących między innymi szynkę.

Hiszpanie jadają lunch między 14 a 15, więc gdy poczułam głód, wstąpiłam do baru tapas i zamówiłam tortilla de patatas – gruby omlet faszerowany ziemniakami. To musiało wystarczyć do wieczora, bo restauracje otwierane są dopiero około 19.30, a niektóre po 21. Wieczorny posiłek jest dla Hiszpanów ważnym punktem dnia. W towarzystwie przyjaciół raczą się callo a la madrileña (flaki z ostrą kiełbasą doprawione papryką) albo cocido madrileño (jednogarnkowe danie – gulasz z różnych rodzajów mięs, warzyw i ciecierzycy). Pragnienie gasi szklaneczka cana (piwo) lub wina. Po posiłku zabawę kontynuuje się w barze lub nocnym klubie. Okna kamienicy, w której znajdował się mój hotel, nie były zbyt szczelne, więc głośne śmiechy i rozmowy towarzyszyły mi całą noc.

Prosiaczki u José
Śniadania w barze U José przy Cella Palma – na przeciw mojego hostelu – to była przyjemność. Klimat miejscu nadawał oryginalny wystrój i sympatyczny właściciel. Na szerokich parapetach i półkach stały rodziny bladoróżowych prosiaczków. Nad ladą wisiały czarno-białe fotografie spasionych warchlaków i dumnych ze swej trzody rolników. José – siwiejący starszy pan – podawał wyśmienitą kawę z mlekiem. Zamawiałam do niej churrosy. Te hiszpańskie pączki robi się z jaj, mąki, tłuszczu i cukru. Masę przepuszcza się przez maszynkę o gwiaździstym przekroju i smaży na głębokim oleju. Maczane w płynnej czekoladzie smakują doskonale.

Dali, Picasso i inni
Dworzec Atocha (Estación de Atocha) – największa stacja w Hiszpanii, z szybką koleją AVE łącząca stolicę m.in. z Sewillą i Kordobą – jest perełkę architektury kolejowej. Ale mnie zaintrygowała palmiarnia urządzona w starej, XIX-wiecznej części dworca. W głównym holu ze szkła i żeliwa urządzono prawdziwy tropikalny ogród. Można zapomnieć, że parę metrów dalej kursują pociągi. Ja zapomniałam. Zrelaksowana widokiem zieleni, byłam więc gotowa na porcję sztuki współczesnej w najlepszym wydaniu. Czekali na mnie: Salvadore Dali, Joan Miró, Pablo Picasso. Centrum Sztuki Królowej Zofii (Centro de Arte Reina Sofía) zajmuje dawny Hospital General, do którego dobudowano trzy szklane pawilony. Sale wystawowe wypełnione obrazami, rzeźbami i fotografiami zajmują 4 piętra i część parteru.

Oglądana "na żywo” Guernika Pablo Picassa zapiera dech. Wykrzywione twarze i powykręcane palce zrozpaczonej matki z martwym dzieckiem w objęciach, konający żołnierz, ludzie błagający o ratunek – przerażają. Obraz zamówił rząd republiki w 1937 roku na wystawę w Paryżu jako wyraz protestu przeciwko okrucieństwu hiszpańskiej wojny domowej. Dzieło początkowo wisiało w nowojorskiej galerii. Zgodnie z wolą Picassa Guernikę sprowadzono dopiero do demokratycznego Madrytu.

Budynek Caixa Forum – futurystyczne centrum sztuki i kultury, dawna elektrownia – wygląda z daleka jakby zawisł w powietrzu. Dolny, ceglany fragment fasady przechodzi płynnie w część zrobioną z metalowych płyt pokrytych rdzą. Mnie zachwyciła „zielona” ściana budynku przylegającego do Forum. To największy na świecie pionowy ogród, dzieło Patrica Blanka. Francuski botanik, który spopularyzował ideę tzw. wertykalnych ogrodów, użył 15 tys. sadzonek. Wetknięte w kieszonki porowatego filcu naciągniętego na stalową ramę, stworzyły fantastyczny zielony dywan. Ogród nie potrzebuje ziemi. Wystarczy woda wzbogacona mieszanką nawozów, która spływając w dół, odżywia każdą roślinę.

I jeszcze Museo del Prado. Na mapce porządkującej zwiedzanie umieszczono miniaturowe zdjęcia głównych dzieł wraz z nazwiskiem autora i numerem sali. Jest ich wprawdzie ponad 50, ale i tak plan bardzo usprawniał poruszanie się w gąszczu arcydzieł. Dzięki tej pomysłowej ściągawce obejrzałam słynne Siedem grzechów głównych i cztery rzeczy ostateczne namalowane w XVII w. na blacie stołu przez Hieronima Boscha oraz jego tryptyk Ogród rozkoszy ziemskich. Zobaczyłam obrazy Maja naga i Maja ubrana autorstwa Francisco Goyi, Trzy gracje Rubensa, Dawida i Goliata Caravaggia, wstrząsający Triumf śmierci Pietera Bruegla, a także najbardziej znane obrazy Velázgueza, Durera i Titiana.

Korrida? – to zły kierunek
Ostatni dzień w stolicy Hiszpanii zaczęłam od wycieczki na Plac Byka (Plaza de Toros de Las Ventas). Chciałam zobaczyć słynną arenę korridy, gdzie do dziś odbywają się walki byków. Okrągły gmach areny na 23 tysiące widzów jest zbudowany z czerwonych cegieł. Trzy górne kondygnacje zdobią łukowate okna udekorowane ceramiczną mozaiką w stylu mauretańskim. Co kilkanaście metrów „jak przyklejone” przylegają do muru prostokątne wieże. Nad główną bramą widnieje namalowany na kafelkach napis Plaza de Toros. Sezon walk rozpoczyna się w maju, ale turystów nie brakuje tu nigdy. Mogłam się więc poprzyglądać, jak do zdjęć pozowały dwie dosyć wiekowe turystki o azjatyckich rysach. Z karminowymi chustami – jak matador z muletą – stały na tle płaskorzeźby ze stadem byków i drażniły wyimaginowanego rogatego przeciwnika. Spośród kilku pomników na placu zwrócił moją uwagę jeden. Przedstawia matadora i byka z włóczniami (banderillas) tkwiącymi w jego karku. W ten sposób osłabiane są mięśnie i zwierzę wolniej porusza głową, co ułatwia matadorowi zadanie. Korrida budzi wiele kontrowersji. Przeciwnicy uważają, że sprowadza się ona do torturowania zwierzęcia. Dla zwolenników to rodzaj artystycznego występu, który tworzą choreografia, stroje i muzyka.

Żaba i Krzysztof Kolumb
Na Placu Kolumba (Plaza de Colón) stoją dwa pomniki wzniesione ku czci odkrywcy Ameryki. Neogotycką strzelistą kolumnę z jego figurą i nowoczesną płaskorzeźbą, umieszczoną na czterech betonowych płytach, obrazującą osiągnięcia podróżnika. O trzecim pomniku nie wspominają przewodniki. To gigantyczna żaba strzegąca wejścia do kasyna.

Ominęłam ją jednak (tak jak kasyno).
Północno-zachodnią część Madrytu i góry Guadarrama chciałam sfotografować z Faro de Moncloa, 92-metrowej wieży radiowej. Łatwo ją rozpoznać po okrągłej platformie. Jest tam restauracja z częściowo przeszkloną podłogą podświetlaną od spodu. Niestety wieża była akurat w remoncie. Panoramy nie zobaczyłam, ale za to obejrzałam Arco de la Victoria – biały łuk triumfalny – bramę miasta, wzniesioną dla upamiętnienia zwycięstwa nacjonalistów w hiszpańskiej wojnie domowej. Przetrwała zmianę ustroju.

***
Było parę minut po dziewiętnastej. Siedziałam na placu Hiszpańskim obok pomnika Cervantesa i obserwowałam madrytczyków. Dzieci grały w piłkę, dorośli przechadzali się między straganami z kolorową biżuterią i drobiazgami. W powietrzu unosił się zapach prażonych, karmelizowanych orzechów. Za chwilę zaczną otwierać restauracje – pomyślałam. W moim malutkim hostelowym pokoiku jak co noc będzie słychać gwar dobiegający z pobliskich barów, a rano pożegnam Madryt. Zanim José zaparzy kawę.

Tekst i zdjęcia: Anna Tatka
(Źródło: www.miesiecznikkrakow.pl)



Galeria zdjęć





Dodaj komentarz
skomentuj


Brak komentarzy


powrót



Opublikowano przez: Twoja Małopolska
Data publikacji: 22 Grudnia 2015

Podziel się