POLAK W SINGAPURZE cz.1


Po 12 godzinach nieprzerwanego lotu na pokładzie AIRBUSA A 380 - największego pasażerskiego samolotu świata ląduję, (o czasie !!!), na niewątpliwie najlepszym lotnisku świata, za jakie uchodzi singapurskie Changi (3 pasy startowe, 54 mln pasażerów i blisko 2 mln ton cargo rocznie oraz dostępny dla pasażerów basen w jednym z terminali). Potwierdzeniem tej opinii mają być nagrody World's Best Airport Award przyznane przez SKY TRAX w 2010 i 2013 roku, ze sporymi szansami na utwierdzenie tej pozycji także w roku bieżącym. Niestety linia lotnicza, która mnie tu przywiozła nie mieści się w tej chwili w pierwszej dziesiątce najlepszych linii lotniczych świata. To niewątpliwa zasługa rozstrajkowanych i roszczeniowych pilotów Lufthansy, z którymi zarząd linii jakoś nie umie sobie poradzić już od lat. A także pewnej wyższości z jaką traktowani są pasażerowie pochodzący z biedniejszych niż Niemcy krajów. Lotnisko Changi powinno nosić nazwę KRYSTYN OLSZEWSKI AIRPORT, ale jest ryzyko, że nawet anglojęzyczni Azjaci połamali by sobie zapewne swój niezwykle giętki język.

To jednak nie przejaw naszej polskiej megalomanii. To polski, dzisiaj jakby trochę zapomniany urbanista, któremu dzisiejszy Singapur zawdzięcza swoje nowoczesne, niezwykle funkcjonalne oblicze. To on wyrysował w latach sześćdziesiątych XX wieku jako generalny projektant - plan współczesnego Singapuru i wybrał miejsce pod dzisiejsze lotnisko Changi, które powstało na częściowo zasypanych bagnach na wschodnich krańcach wyspy przenosząc tym samym funkcje łączności ze światem z założonego w 1928 roku po środku północnego brzegu wyspy lotniska Seletar. Projektował architektonicznie 7 naziemnych stacje metra, a także Sience Park i i Marina City będące dzisiaj wizytówką i znakiem rozpoznawczym tego miasta-państwa. Na czarno-białym filmie dokumentalnym zrealizowanym na 16 milimetrowej taśmie przez Franciszka Burdzego kreśli Singapur wpisany w ramy rombu z groblą łączącą go z Malezją. Na jego południowych rubieżach jest port – dzisiaj drugie co do wielkości po Szanghaju centrum przeładunków kontenerowych na świecie. Na zachodzie dzielnica przemysłowa, a na wschodzie lotnisko. W centrum wyspy zbiorniki wodne magazynujące importowaną z Malezji wodę. Wokół tego jądra zaprojektowano - mówiąc po naszemu - dzielnice mogące funkcjonować jako samodzielne miasta mieszczące po 150-200 tys. mieszkańców. A wszystko spina metro – nazywane przez Olszewskiego na filmie Burdzego - szybką koleją miejską, Jeden z największych projektów masowej komunikacji miejskiej na świecie zbudowany w swoim podstawowym zarysie w ciągu 6, a nie tak jak planowano wstępnie 8 lat, za niebagatelną kwotę 5 mld dolarów. Do tego na największą w świecie skalę zautomatyzowany. Choć w ostatni dzień mojego pobytu zauważyłem… dyskretnie jak z kabiny pierwszego wagonu starej generacji wysiadali elegancko umundurowani … maszyniści.

Polak w Singapurze
Skąd się wziął Krystyn Olszewski w Singapurze ? Wszak nie był marynarzem jak Joseph Conrad. W czasie II wojny światowej w 1942 roku aresztowany przez hitlerowców razem z Rudym, Długim i Zośką - trafił przez Pawiak do obozu w Auschwitz. Śladem tamtego czasu jest zbiór opowiadań "Byliśmy w Oświęcimiu” spisany wspólnie z Tadeuszem Borowskim i Januszem Nel Siedleckim, a wydany w 1946 r. w Monachium przez Oficynę Warszawską na Obczyźnie prowadzoną przez Anatola Girsa i Bolesława Barcza. W 1952 roku skończył architekturę na Politechnice Warszawskiej. Opracował wspólnie z Kazimierzem Wejchertem i Tadeuszem Baumem program oraz koncepcję urbanistyczną Chorzowskiego Parku Kultury i Wypoczynku, W 1960 roku otrzymał wyróżnienie w konkursie na opracowanie planu szczegółowego dzielnicy wschodniej w Olsztynie. Później w ekipie krakowskiego Miastoprojektu realizował plan rozbudowy Bagdadu. Po powrocie z Iraku w Warszawie odkryli go Australijczycy, którzy przystępowali do realizacji sponsorowanego przez ONZ planu rozbudowy Singapuru. Szukali zdolnego urbanisty. Wygrał – jakbyśmy to powiedzieli dzisiaj casting – zostawiając z tyłu urbanistów z Niemiec, Szwecji, Wielkiej Brytanii i USA. Zupełnie inna rzecz, że wszystko to co w Singapurze zaprojektował Olszewski, po przyjęciu zostało z żelazna dyscypliną zrealizowane i realizowane jest po dziś dzień.

Młodszy o 999 lat od Polski
Ambasador RP w Singapurze Zenon Kosiniak - Kamysz przy różnych oficjalnych okazjach lubi podkreślać, że Singapur jest o 999 lat młodszy od Polski. Jego dzisiejsza historia zaczęła się w 1965 roku, kiedy to wszystkim 165 głosami Parlamentu został wydalony z zawiązanej zaledwie 3 lata wcześniej Federacji z Malezją. W 1966 roku podczas obchodów 1000 lecia Państwa Polskiego gościem był Lee Kuan Yew – twórca i pierwszy premier niepodległego Singapuru, który miał wtedy za sobą zaledwie rok niepodległej państwowości. W archiwach polskiego MSZ zachowały się podobno notatki ze spotkania z ówczesnym premierem Józefem Cyrankiewiczem i ministrem spraw zagranicznych Adamem Rapackim. A potem oba państwa bardzo szybko przyznały sobie wzajemnie klauzulę najwyższego uprzywilejowania. Było to o tyle ważne, że Europejska Wspólnota Gospodarcza była wtedy klubem dość elitarnym i hermetycznym, a świat zaledwie 20 lat po zakończeniu II wojny światowej był bardzo podzielony i zatomizowany. Partia Akcji Ludowej, która od samego początku, nieprzerwanie dzierży władzę w Singapurze w swoich początkach prezentowała poglądy lewicowe, zaś do 1976 roku należała nawet do Międzynarodówki Socjalistycznej. Nie brzmi więc egzotycznie i nieprawdopodobnie wiadomość, że do singapurskiej armii miały zaraz potem trafić polskie czołgi. Dzisiaj parta rządząca przeszła na pozycje konserwatywno prawicowe. Politolodzy mają jednak problem jak sklasyfikować panujący tutaj ustrój z wolną, przyjazną dla inwestorów gospodarką, gwarantującą stały systematyczny wzrost i trzymanym twarda ręką społeczeństwem. Wolna także od korupcji gospodarka nie gwarantuje jednak sukcesu. Jedyna polska spółka w Singapurze, działający od połowy lat siedemdziesiątych Polsin został najpierw w całości wykupiony przez Ciech, a po przejęciu kontroli nad Ciechem przez Kulczyk Investments… zlikwidowana.

Wydawać by się mogło, że wprawdzie strategicznie położona, ale pozbawiona surowców mineralnych, ze szczątkowym rolnictwem wyspa wciśnięta pomiędzy potężnych sąsiadów Malezję i Indonezję, będąca na dodatek mieszanina nacji i religii nie przeżyje w spokoju samodzielnie, ani jednego dnia. A tymczasem stało się inaczej. Dzisiaj sąsiedzi o Singapurze z zazdrością mówią, że jest Szwajcarią Azji. I centrum zakupów, z najbardziej ekskluzywnymi markami. A europejczycy, że to "Azja w pigułce” szczególnie dla początkujących ze swoją autentyczną Chinatown, Little India czy Arab Street. Chińczycy kochają sprzedawać wszystko hurtowo. Im więcej tym taniej: 2, 3, 4 a nawet 5 sztuk za 10 dolarów, gdyby przyszło mi sprzedać cały świat oddali by go za darmo i nawet może dopłacili. Hindusi u siebie kochają jeść rękami wprost z papieru zamiast talerza. Nie używają noży, bo to broń i narzędzie zbrodni. Gdy muszą, mięso kroją… nożyczkami. Tu każdy jest u siebie i każdy jest skądś. I wszyscy żyją w symbiozie. Żółtoskóry muzułmanin bez chwili wahania, jakby czytając w moich myślach, nawet nie pytany głośno - wskazuje mi jedną z dwóch na wyspie… synagog. Bywają jednak momenty jeszcze pełniejszego zaskoczenia, gdy polski produkt spotyka się w najmniej spodziewanym miejscu. Na przykład w hinduskiej świątyni Sri Veerama Kaliamman w etnicznej dzielnicy Little India, gdzie zaprowadził mnie ambasador Kosiniak. Odkrywamy ku naszemu obopólnemu zaskoczeniu kartoniki z mlekiem firmy "Mlekovita” na których jednocześnie zatrzymał się wzrok nas obu. Używane jest ono tu do celów rytualnych – kupowane przez wiernych i przekazywane w ofierze do obrzędowej ablucji posążków bogów. Jak się później okaże na wyspę każdego tygodnia dociera kontener pełen polskiego mleka. Choć rzymscy katolicy są tu raczej w przeważającej mniejszości, na wyspie są 32 świątynie katolickie i 31 parafii. Ten 32 kościół to katedra, z pomnikiem św. Jana Pawła II – podczas mojego pobytu w trakcie generalnego remontu sponsorowanego ze środków rządowych. W czasie niedzielnej mszy św. w nowoczesnym kościele św. Ducha po raz pierwszy w życiu doznałem uczucia, co to znaczy być innym. Choć w naszej świadomości panuje pielęgnowany starannie stereotyp, że katolik jest europejczykiem czyli Polakiem, Włochem, Niemcem bądź Hiszpanem ostatecznie Amerykaninem to raptem okazało się że dookoła mnie są sami Azjaci, a odprawiający mszę ksiądz jest na dodatek Hindusem posługującym się w czytaniu liturgicznych tekstów pięknym angielskim. Byłem na tyle inny i egzotyczny, że na parkingu, gdy robiłem zdjęcia ktoś nagle zaczął mi machać przez szybę szykującej się do odjazdu limuzyny. Mimo, że tu nie ma czasu na zbyteczne pogawędki, bo trzeba szybko i skutecznie odblokować sąsiadów to jednak piękna nieznajoma odkręciła szybę, nie zważając na uderzenie ciepła, by zapytać skąd jestem? co robię? i jak mi się tutaj podoba ? Chociaż 16,5 proc. z 5,5 mln mieszkańców deklaruje bezwyznaniowość to świątynie czy jedynie ołtarzyki różnych wyznań znajdują się na każdym kroku, wśród wieżowców bankowego city, albo na stacji przesiadkowej komunikacji miejskiej. Nikomu też nie przeszkadzają chustki na głowach młodych sprzedawczyń w centrach handlowych. Można powiedzieć, że dodają im nawet uroku…

Rdzenny singapurczyk?
Kiedy usłyszałem o singapurskiej Chince zacząłem się zastanawiać jak wygląda i kim jest rdzenny Singapurczyk? Jak odróżnić rodzimą większość od napływowej mniejszości? Jak odróżnić turystów z całego świata (15 mln rocznie), od expatów pracujących w wieżowcach, pracowników najemnych niższego szczebla czy tylko rezydentów wyspy nie posiadających formalnego obywatelstwa? I tu okazało się, że rodzima większość jest… w rzeczywistości mniejszością. W Singapurze tak naprawdę rdzenni są Malajowe, którzy są dopiero trzecią pod względem liczebności grupa etniczną. Singapur zamieszkały jest w 3/4 przez emigrantów pochodzenia chińskiego, którzy znaleźli się w tym miejscu na długo przed proklamowaniem Chińskiej Republiki Ludowej. Następną grupę etniczną stanowią Hindusi. Do tego dochodzą też ludzie określani mianem Peranakan – są to głównie potomkowie małżeństw chińsko-malajskich, którzy wytworzyli własną kulturę, a nawet zmodyfikowali na swoje potrzeby język mandaryński, tworząc dialekt zwany baba-malay. Większość Singapurczyków jest dwujęzyczna– władają językiem angielskim i swoim językiem narodowym: mandaryńskim, tamilskim, czy malajskim. Dla wielu jednak język angielski jest pierwszym, a często jedynym językiem. Sam język angielski bywa nieco zniekształcany przez mieszkańców Singapuru przechodząc w specyficzną odmianę zwaną singlish. Bywa, że trzeba długo się przysłuchiwać konwersacji miejscowych, by zorientować się, że mówią oni po angielsku.

Tekst i zdjęcia: Jacek Balcewicz
(źródło: www.miesiecznikkrakow.pl)

Druga część artykułu tutaj:
http://www.twojamalopolska.pl/strona,doc,pol,glowna,1959,0,6997,1,1959,polak_w_singapurze_cz.2,plus.html



Galeria zdjęć





Dodaj komentarz
skomentuj


Brak komentarzy


powrót



Opublikowano przez: Twoja Małopolska
Data publikacji: 13 Listopada 2015

Podziel się