POLAK W SINGAPURZE cz.2


Bez ćpania i żucia
Czy można sobie wyobrazić państwo bez korupcji, narkotyków, broni czy choćby tylko jej atrap w cywilnych rękach? Bez ulicznego graffiti na każdej wolnej przestrzeni publicznej, petów na każdym kroku i lepiącej się do wszystkiego gumy do żucia. Bez nachalnej erotyki w reklamach, choć ze sklepami Victoria Secret w każdym centrum handlowym. Ale za to z cenzurą, karą śmierci (za korupcje, przemyt narkotyków i broni) i chłostą. Kary cielesne wynikają jednak nie bezpośrednio z azjatyckiej tradycji, a są pozostałością brytyjskich wpływów. Wprawdzie Brytyjczycy znieśli ją u siebie w 1948 roku, a w Indiach zaprzestano ich stosowania ok. 1955 roku to pozostała do dzisiaj w trzech państwach wchodzących niegdyś w skład Imperium Brytyjskiego: w Singapurze, Malezji i Sułtanacie Brunei. W Singapurze uregulowana jest aktem o wandalizmie z 1966 roku. Podlegają jej wyłącznie mężczyźni w wieku od 16 do 50 lat. Znane są przypadki wychłostania także cudzoziemców. Specjalnie nagłośnionym był przypadek Amerykanina Michaela Petera Faya, w obronie którego stawali amerykańscy senatorowie oraz osobiście prezydent Bill Clinton. Nie pomogły tłumaczenia, że w dzieciństwie cierpiał na ADHD oraz wychowywał się bez matki. Zmniejszono mu jedynie ilość rózg jaką otrzymał. Ostatnio doświadczyło jej dwóch niemieckich grafficiarzy, którzy postanowili pomalować skład metra. Dla zmylenia władz przylecieli z Australii, a po dokonaniu starannie przemyślanego aktu uciekli do Malezji. Nie uchroniło ich to przed karą. Nawet „von” przed nazwiskiem na nic się zdało. Nie było ochrony wizerunku, ani danych osobowych. Tutejsze społeczeństwo zobaczyło ich w pełnej krasie pod pełnymi imionami i nazwiskami.

Nie oznacza to jednak, że w Singapurze młodzież się nie bawi. Ceglane budynki Saint James Power Station zbudowanej jeszcze przez Brytyjczyków pierwszej elektrowni opalanej węglem zachowały się do dzisiaj. Otoczone nabrzeżem kontenerowym i nowoczesnym centrum handlowym VivoCity, na pierwszy rzut oka przypominają kapitanat portu. Mieszczą teraz jednak nie biura i urzędy, a prawdziwy rozrywkowy kombinat składający się z 9 klubów muzycznych oraz tanecznych i 3 restauracji mogących jednocześnie pomieścić nawet 10 tys. osób. Przy czym za wstęp płaci się tylko raz i to niezbyt dużo: panie 15, a panowie 20 dolarów singapurskich (1 dolar singapurski to ok. 2,70 zł). Postindustrialna kubatura w dobrze zachowanym stylu edwardiańskim zrewitalizowana została już w XXI wieku nakładem 43 milionów dolarów singapurskich i wpisana w 2009 roku przez Zarząd Dziedzictwa Narodowego na listę zabytków. Kolejne 20 milionów dolarów pochłonęły aranżacje wnętrz i urządzenie centrum rozrywki. Działo się to mniej więcej w tym samym czasie kiedy w Polsce tzw. zagraniczni inwestorzy czyli międzynarodowi spekulanci likwidowali znacznie starszą, bo sięgająca swoimi korzeniami XIX wieku, zaprojektowaną przez Michała Doliwo-Dobrowolskiego twórcę standardu prądu trójfazowego starą elektrownię w Chorzowie. Jedną z pierwszych wytwarzających prąd trójfazowy…

Kraj ciągłego wzrostu
A skoro jesteśmy przy energetyce to: w 2014 roku singapurska energetyka wyprodukowała 49,3 TWh energii elektrycznej i był to wynik o 2,8 proc. wyższy niż w roku poprzednim. Jest rzeczą niezwykle znamienną i charakterystyczną, że Singapur począwszy od 1985 roku odkąd dostępne są dane statystyczne wykazuje stały systematyczny wzrost produkcji energii elektrycznej. Ani razu w tym czasie nie odnotowano wahnięcia w dół. Z tym że przed 30 laty produkowano tu ledwie 9,9 TWh rocznie. Obecnie koncesje na wytwarzanie energii elektrycznej posiada 14 podmiotów, chociaż nie wszystkie są aktywne. Nominalna moc zainstalowana wszystkich istniejących bloków energetycznych przekracza 13 500 MW. Pod względem zajmowanej powierzchni Singapur można porównać do Berlina, tyle tylko że mieszka tu dwa razy więcej osób, a wielkość zainstalowanej mocy energetycznej jest co najmniej sześciokrotnie większa. Największa jest olejowo-gazowa elektrownia Senoko zlokalizowana w strefie przemysłowej Senoko w Dystrykcie Północny - Zachód dokładnie na przeciwko malezyjskiego miasta Johor Baru o łącznej mocy osiągalnej 3307 MW. Najstarsza część olejowa składa się z bloków po 120 i 250 MW, nowsza część gazowa jest już mniej stypizowana i zawiera 7 bloków wyposażonych w 12 turbin o mocy od 131 do 431 MW. Właścicielem elektrowni jest konsorcjum firm i banków japońskich, a także europejskiego koncernu GDF Suez, który z 30 procentowym pakietem akcji jest podmiotem wiodącym.

Ważnym źródłem energii w Singapurze są także śmieci. Pierwsza spalarnia zbudowana przez Keppel Seghers o mocy 56 MW zaczęła tutaj działać dość wcześnie, bo już w 1992 roku, następna o mocy 22 MW w 2009 roku. Kolejna o mocy aż 250 MW jest w planach. I tu drobny polonizm Keppel Seghers buduje także spalarnie śmieci w Białymstoku.

W tym samym czasie gospodarka singapurska skonsumowała energię pierwotną będącą ekwiwalentem 76,1 mln ton ropy naftowej co oznaczało wzrost o 2,8 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim i udział na poziomie 0,6 proc. w światowej konsumpcji energii pierwotnej. Zakładając, że Polska ma ponad 7 razy więcej ludności to według singapurskich standardów winniśmy generować co najmniej 345 TWh energii elektrycznej, podczas gdy obecnie wytwarzamy mniej niż połowę tego czyli 159,1 TWh. Aproksymacji według wielkości powierzchni lepiej nie robić, bo wtedy wynik singapurski musielibyśmy przemnożyć przez co najmniej… 436 otrzymując wielkość raczej astronomiczną. Po co tyle energii w Singapurze? Lwią jej część zjada klimatyzacja. Wprawdzie temperatury nie są tu tak zatrważające jak np. w Dubaju na przełomie lipca i sierpnia i maksymalnie lekko przekraczają 30 stopni. To tu klimatyzuje się wszystko: metro zarówno same pociągi jak i całe podziemne stacje. Wieżowce i centra handlowe – co oczywiste. Ale także przejścia podziemne i pasaże handlowe, które mogą schodzić pod ziemię nawet na dwie czy trzy kondygnacje. I nikt skrzętnie nie zamyka drzwi. Wprawdzie Singapur nie ma tak spektakularnych wieżowców jak Kuala Lumpur czy Dubaj, zaś trzy wieże Marina Bay Sands zwieńczone łodzią, w której mieści się najwyżej zawieszony na świecie basen nie są może tak znane - to jest tu co najmniej 100 wieżowców sięgających swoją wysokością powyżej 100 metrów. I nie powiedziano, że to już koniec. Bilansowanie zapotrzebowania energetycznego jest tu jednak łatwiejsze niż w Europie. Nie ma szczytów i dolin. Temperatura jest mniej więcej stała przez cały rok. A dzień – z racji bliskości równika – trwa tyle samo, co noc. Równo 12 godzin. Dokucza jedynie duża wilgotność powietrza i nagłe niespodziewanie przychodzące i zanikające deszcze. Z racji szczupłości terenu nie widziałem też nigdzie napowietrznych linii wysokiego napięcia. Dziwne więc wrażenie robią przeprawy mostowe, którym towarzyszą grube rury kryjące kable z napisem: uwaga wysokie napięcie. Podstawą energetycznego zaopatrzenia Singapuru jest ropa naftowa: to 66,2 mln ton konsumpcji, zaś reszta uzupełniana jest gazem i w śladowych niemal symbolicznych ilościach raczkującą energetyką odnawialną. Ale w miejscach gdzie gromadzi się dużo ludzi można spotkać publiczne ogólnie wiatraki napędzane energią słoneczną. Gaz systemem rurociągowym w ilości 6,6 mld m sześć. sprowadzany był z Malezji i 1,7 mld m sześc. enigmatycznie nazwanych „innych państw Azji i Pacyfiku”. Do tego dochodzi 2,6 mld m sześc. gazu skroplonego – wszak Singapur od lutego 2014 roku dysponuje swoim własnym terminalem odbiorczym należącym do rodzimej firmy SLNG zlokalizowanym na wyspie Jurong. Singapur oprócz tego jest nie tylko drugim po Szanghaju centrum przeładunku kontenerów, ale ważnym ośrodkiem przerobu ropy naftowej i handlu jej produktami. Jest drugim po Europie światowym importerem produktów naftowych, z wolumenem przekraczającym 100 mln ton rocznie i piątym po USA, państwach byłego ZSRR, środkowym wschodzie i Europie ich eksporterem z wolumenem przekraczającym 70 mln ton rocznie.

Zdolność przetwórcze singapurskich rafinerii rozlokowanych sprytnie na mniejszych wysepkach okalających wyspę-matkę „skoczyły” w ostatnim roku z 1415 do 1515 tys. baryłek dziennie. To mniej więcej trzy razy tyle niż moce przerobowe wszystkich polskich rafinerii, które ledwie przekraczają wielkość 500 tys. baryłek dziennie. W Singapurze działają trzy naprawdę duże rafinerie: ExxonMobil Jurong Island Refinery, Shell Pulau Bukom Refinery i rodzima Singapore Refining Corporation należąca jednak do grupy PetroChina posiadająca także dostęp do złóż w Kambodży, Indonezji, Wietnamie i Australii.

Nic za darmo
W Singapurze płaci się za wszystko. Na ulicach bramki viatoll pokazują, że przejazd motocykla kosztuje 0,25 dolara, samochodu osobowego 0,5 dolara, zaś autobusu całego dolara. Samochody są potwornie drogie. Za najtańszy opel corsa trzeba zapłacić na promocji 100 000 singapurskich dolarów. Co nie oznacza, że na drogach nie można zobaczyć drogowego McLarena, Ferrari, Maserati czy Lamborghini, oczywiście z kierownicą po lewej stronie. Gigantyczna cena to jedno. Zanim szczęśliwi kierowca pokaże, że go stać na samochód musi uzyskać i słono opłacić specjalne zezwolenie na posiadanie samochodu na wyspie. Dlatego też są samochody wyposażone w specjalne tablice upoważniające do jeżdżenia jedynie w … niedziele. Co nie oznacza, że w willowej dzielnicy Caldecott na podjazdach przed rezydencjami nie stoją po dwa, a nawet trzy samochody. Za to tanie są taksówki i metro. Wyliczyłem, że za 100 euro dałoby się objechać cały Singapur dookoła. Za swój pierwszy przejazd metrem z reprezentacyjnej ulicy Orchard Road do Marina Bay zapłaciłem 91 singapurskich centów czyli mniej niż za 20 minutowy bilet w Krakowie. Przy czym cena biletu zależy od efektywnie przejechanej odległości. Drogi jest za to alkohol – puszka piwa zaczyna się w detalu od 6 dolarów, butelka wina od 30 dolarów, a wódki od 100 dolarów. Singapurczycy długo bronili się przed hazardem. Jednak gdy zdecydowali się na otworzeń dla swoich granic urządzili tylko dwa kasyna. Jedno w Marina Bay Sands, a drugie na wyspie Santosa. Oba w przyziemiach, co przeczy kolportowanemu w Europie przesądowi, że Azjaci nie grają pod ziemią. I oba na miarę Las Vegas. Cudzoziemcy wchodzą gratis, zaś miejscowi muszą wykupić za 100 dolarów bilet wstępu wymieniany potem na żetony. Przy czym rodzina może ustanowić dla nagminnych graczy, respektowany przez obsługę zakaz wstępu.

Singapur ma wyścig Formuły 1, choć z praktycznych powodów nie zbudowanego specjalnego toru, tylko na potrzeby nocnego wyścigu zamykane są główne arterie miasta, turniej tenisowy najwyższej rangi WTA Masters uważany za nieoficjalne mistrzostwa świata kobiet (to właśnie tu swój największy życiowy sukces osiągnęła ostatnio krakowianka Agnieszka Radwańska) i największe na świecie Singapore Fleyer - 165 metrowe koło widokowe z gondolami wielkości małego autobusu. Na swoje 50 lecie otrzymał jeszcze jeden prezent – wpisanie na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO - ogrodu botaniczny w Singapurze z pomnikiem Fryderyka Chopina i George Sand autorstwa krakowskiego rzeźbiarza Karola Badyny.

Tekst i zdjęcia: Jacek Balcewicz
(źródło: www.miesiecznikkrakow.pl)

Pierwsza część artykułu tutaj:
http://www.twojamalopolska.pl/strona,doc,pol,glowna,1959,0,6996,1,1959,polak_w_singapurze_cz.1,plus.html



Galeria zdjęć





Dodaj komentarz
skomentuj


Brak komentarzy


powrót



Opublikowano przez: Twoja Małopolska
Data publikacji: 13 Listopada 2015

Podziel się